Antoni Winch / PRZYCHODZI BABA DO LEKARZA, A LEKARZ TO LIS. CZĘŚĆ II


Lis właśnie wstrzyknął sobie zawartość strzykawki, żeby sprawdzić, co słychać u Mgły. Wiedział oczywiście, że interesuje się losem własnego przywidzenia wywołanego substancją farmakologiczną. „Co się jednak z nami stanie...” – rozważał Lis sprawę w samotni swojego gabinetu – „...z nami, lisami, gdy przestaniemy się troszczyć o nasze złudzenia? Fatamorgana to nic, to kłamstwo. Lecz pokaż mi Beduina, który nie przemierzyłby dla niej pustyni. A czyż lisy nie są Beduinami życia?”.

Pytanie było tyleż wzniosłe, co niejasne, więc go nie zrozumiał. Nie potrafiąc udzielić na nie żadnej odpowiedzi, w przedłużającym się oczekiwaniu na Mgłę oraz z zupełnego braku jakiejkolwiek baby, którą mógłby z czegoś wyleczyć, uznał za stosowne uciąć sobie drzemkę. Równolegle z przygotowaniami do niej wystąpiło dość ciekawe zjawisko. Otóż, im Lis bardziej przymykał powieki, tym szerzej drzwi do jego gabinetu się otwierały. A gdy powieki Lisowi zamknęły się ostatecznie, drzwi jego gabinetu otworzyły się na oścież. Można by pomyśleć, że lisie powieki połączone były z drzwiami jakimś niewidzialnym sznurkiem, układem dźwigni czy choćby fotokomórką albo – że ktoś właśnie wszedł do pomieszczenia.


Czasem najgłupsze i najmniej sensowne wyjaśnienia okazują się prawdziwe. Tak było w tym przypadku. Choć wydaje się niedorzeczne, ktoś właśnie wszedł do pokoju i ujrzał śpiącego Lisa. Wchodzący, a teraz już raczej, Wszedłszy, nie wiedział, jak ma się zachować. Z jednej strony, głupio mu było budzić Lisa. Z drugiej, miał do niego sprawę. Z trzeciej, rzecz mogła być załatwiona także podczas snu Lisa. Z czwartej, kto wie, czy nie łatwiej pójdzie z Lisem śpiącym niż z przytomnym. Przemyślawszy to wszystko, podjąwszy decyzję i odetchnąwszy, Wszedłszy cichuteńko zamknął drzwi do gabinetu i zaczął skradać się do biurka, za którym drzemał Lis.


Śniło mu się – Lisowi, a nie Wszedłszemu – że zasnął jak kamień i za nic nie mógł się obudzić. Nagle ogarnął go strach, że prześpi przybycie Mgły. Chciał się jak najszybciej obudzić, ale nie mógł, bo śnił, że zasnął jak kamień i za nic nie mógł się obudzić. Podskoczył lekko w fotelu. Wszedłszy był już wtedy przy jego biurku. Znieruchomiał. Lis mruczy pod nosem: „śnie, nie wygłupiaj się... nie wyleguj się we mnie cały dzień... bądź dorosły... życie nie polega tylko na spaniu”. I śpi dalej.


Wszedłszy ociera pot z czoła. Opiera się na biurku i pochyla w stronę Lisa. Zamyka oczy, zwilża wargi językiem. Usta Wszedłszego zbliżają się do ust Lisa na odległość tchnienia.


Tymczasem Lisowi śni się właśnie, że udało mu się obudzić w swoim śnie. Wstaje, przeciąga się, rozgląda. Nigdzie nie ma Mgły. „Musi być na jawie” – przyśnił sobie przytomnie. Tamże zatem, czyli na jawie, otworzył oczy. Zrobił to w samą porę, by zobaczyć ze zdecydowanie zbyt bliska twarz Wszedłszego i jego ułożone w dziubek, zwilżone usta.


Lis skomle ze strachu, Wszedłszy otwiera oczy. Nie ma w nich nic poza prośbą o zachowanie spokoju.


Lis ignoruje prośbę, gwałtownie odsuwa się razem z fotelem.


Wszedłszy jest już za bardzo przechylony, żeby móc się cofnąć.


Wszedłszy pikuje prosto na podłogę, by na jej zdezynfekowanych a bardzo teraz wzruszonych panelach złożyć swój pocałunek. Nie spodziewały się tego, naprawdę.


Gdy one nie wiedzą, co powiedzieć, Lis stoi przerażony.


Wszedłszy zbiera swoje dwumetrowe ciało i całą jego, sporą nadwagę z oniemiałej podłogi. Jej szara na co dzień fuga wciąż jest zarumieniona z przejęcia.


Wstawania nie ułatwia Wszedłszemu fakt, iż przyszedł do Lisa owinięty tylko w ręcznik. Nie chce dodatkowo bulwersować, dość już zbulwersowanego, lekarza. Opuszcza tedy rozżaloną podłogę, przytrzymując jednocześnie ręcznik. Podczas upadku rozwiązał się był bowiem, co można zachować w tajemnicy, o ile będzie postępowało się z należytą ostrożnością.


– Dzień dobry, panie doktorze – powiada Wszedłszy, gdy już stoi na nogach. Wyciąga przy tym dłoń, jak to przy przywitaniu. Jak to zaś przy puszczeniu ręcznika, żeby się przywitać, ten opada jak kurtyna w teatrze do góry nogami. To znaczy, odsłaniając, a nie zasłaniając przedstawienie.

- Dzień dobry – odpowiada Lis, starając się patrzeć Wszedłszemu w oczy. I nigdzie indziej – Czy mogę panu w czymś pomóc?


Lekarz chce przywrócić absurdalny bieg zdarzeń na w miarę normalne tory. Jest gotów zapłacić za to każdą cenę. Nawet cenę dorzeczności.


- Cieszę się, że pan pyta, panie doktorze – Wszedłszemu przyświeca najwyraźniej ten sam cel – Bo właśnie po pomoc do pana przyszedłem. Obawiam się jednak, iż teraz moja prośba zabrzmi bardzo niezręcznie.

- Między nami niezręczniej chyba być już nie może.

- Pocałuj mnie pan.

- A jednak może.


Na kolejne potwierdzenie tych słów nie trzeba było długo czekać. Oto rosły golas pada na kolana przed Lisem, obejmuje jego nogi i wybucha płaczem.


- Ja wiem! Źle zacząłem! Trzeba było zapukać przed wejściem, a jak już się weszło, to poczekać, jak się pan doktor obudzi! A przede wszystkim należało założyć spodnie. To by wiele zmieniło! Ale co ja poradzę, że jestem w gorącej wodzie kąpany?! To ta Baba tak mnie rozpieściła!

- Jaka Baba?

- Co poszła do lekarza!

- A co jej było?

- Ja jej byłem! Pan doktor nie rozumie? Jestem tym waleniem, z którego ją pan wyleczył! Ukryłem się w jej wannie przed wielorybnikami.


- Nie za ciasno panu było?

- Ciasno. Lecz brak przestrzeni rekompensowany był brakiem wielorybników. A dla wieloryba to już coś.

- Nie tęsknił pan za oceanem?

- Na początku tak. Dlatego wchodziłem pod prysznic i pluskałem się w kranie. Żeby poczuć choć namiastkę oceanicznego prądu, bo w wannie, panie, to woda stoi i nudzi się jeszcze bardziej od tego, kto w niej leży. Na szczęście Baba zaczęła mi ją spuszczać.

- Na szczęście?

- Jeszcze jakie, doktorze! Odkryłem wtedy, że można znowu jej sobie nalać.

- A tak, wspominała...

- Ale nie chodzi o to, że znowu. Idzie o to, że ciepłej! Panie doktorze! Co to była za rozkosz! Ciepła woda! Z radości machałem płetwami jak jakiś gupik. Tak, przypadkiem, strąciłem olejek do kąpieli, który stał na brzegu wanny. To, co się wtedy wydarzyło, to było wniebowzięcie do wielorybiego raju! Na cieplutkiej wodzie pojawiła się lekka, pachnąca pianka. Rozdmuchiwałem ją, kładłem na twarz, udając, że to broda, a moja twarda do tej pory skóra stała się nagle nawilżona, miękka i taka świeża! Nostalgia za oceanem zniknęła jak foka w paszczy rekina. Niestety. Idylla nie trwała długo.

- Co się stało?

- Baba poszła do pana. A jak wróciła, to dawaj!, z gębą na mnie. Łazienka mała, ja wieloryb, nie było gdzie uciekać. Dorwała mnie, zwyzywała od książąt z bajki, pocałowała i tak przez miesiąc. Dwa razy dziennie przed obiadem i kolacją, a do tego raz na dzień dobry i raz na dobranoc. Można powiedzieć, że zlizała ze mnie wielorybniczość. I oto jestem – zapłakany golas na kolanach!

- To rzeczywiście nie jest krzepiący widok.

- Co pan wiesz o niekrzepiących widokach? Spójrz lepiej, co mam na ramieniu!


Lis schyla się, przygląda ramieniu Wszedłszego, który najzwyczajniej w świecie jest Waleniem.


- Nie temu!


Lis przygląda się tamtemu ramieniu Walenia.


- Tatuaż – zgodnie ze sztuką diagnozuje Lis.

- Żeby tylko! To znak wielorybników! – dopowiada Waleń.

- Dziwne – zafrasował się Lis –myślałem, że to zjawisko zachodzi wyłącznie na linii książęta-żaby, względnie książęta-ropuchy. Tymczasem okazuje się, iż także wielorybnicy mogą być zaklęci. W tym przypadku w wieloryba.

- Proszę pana ,bądźmy poważni. Ja jestem wielorybem odklętym w wielorybnika.

- To wymaga szczegółowszych badań – orzekł Lis i otworzył znany nam już kajecik do notowania ciekawych przypadków, które kiedyś niewątpliwie opisze w artykule dla prestiżowego czasopisma medycznego o międzynarodowej renomie, ratując się tym samym, acz tylko paliatywnie, przed śmiercią. Tuż pod przekreślonym tytułem,Czy złota rybka spełnia życzenia w zaparciach?, zamieścił tezy i spostrzeżenia do nowego eseju, a kto wie, czy nie monografii:

α) obserwacja: książęta (arystokracja) zaklinana w płazy (żaby/ropuchy); wielorybnicy (proletariusze) zaklinani w ssaki (wieloryby);

β) obserwacja z α) dowodzi, że feudalizm produkował małe, prymitywne i w gruncie rzeczy obrzydliwe kreatury, których znaczenie ograniczało się do bagna, w jakim się taplały; demokracja rodzi dumne, olbrzymie, skomplikowane organizmy, absolutnie niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania ekosystemu całej planety;

γ) β) pokazuje, iż można wykazać korelację ewolucji zaklinania ludzi w coraz bardziej zaawansowane gatunki zwierząt z postępowym rozwojem systemów społecznych w duchu równości, wolności i braterstwa albo śmierci;

δ) w związku z γ) teza: jeśli ludzkośćkiedykolwiek wypracujeidealną formę organizacji polityczno-społeczno-ekonomicznej, zapewniającej wszystkim, którzy jakimś cudem przeżyją, nieskończone szczęście (o ile na nie zasłużą),to należy się spodziewać, iż człowiek będzie zaklinany w ludzi;

ε) z tezy δ) wynika podstawowy problem dla dalszych rozważań: człowiek zaklęty w ludzi – kara? nagroda? szansa? kryzys? Perspektywy badawcze;

ζ)


Lecz w punkcie ζ) odezwał się Wielorybnik Waleń.


ζ) Panie doktorze, ja marznę! – Lis odruchowo zapisał słowa swojego materiału badawczego. Po krótkim namyśle postanowił ich nie wykreślać. Mogą się przydać do artykułu. Tym bardziej, że Wielorybnik Waleń mówił dalej.


η) Skończ pan notować – notował Lis – i pomóż mi. Pocałunek Baby mnie zwielorybniczył, pański mnie zwielorybi. Nie będę panu potem przeszkadzał. Znajdę sobie jakąś cichą łazienkę na uboczu. Bez luksusów, olejków, a przede wszystkim bez Baby. Byle tylko woda była. I żebym mógł od czasu do czasu dolać sobie ciepłej. Ale tu się nie upieram. Zadowolę się też zimną. Jestem wielorybem kompromisu, nie wojny.


Lis zapisywał w pocie czoła, skupiając się wyłącznie na merytorycznej treści słów Wielorybnika Walenia. Tymczasem pacjent wstał z kolan i zmienił ton. Już nie błagał. Zalecał się. Miejsce w punkcie η) się skończyło. Lis rozpoczął dalszą część notatki w θ). Przytaczamy ją tutaj w całości, tak jak została zapisana:


„θ) Doktorku... tyle czasu siedzimy w jednym gabinecie i nic o sobie nie wiemy... ciągle jesteśmy na „pan”. Ładnie to tak? Tym bardziej, że jeden z nas jest nagi. Niech pan zgadnie, który? – czuję, jak dłoń obiektu badawczego delikatnie gładzi mnie po policzku (oby to była dłoń). Najchętniej uciekłbym stąd, ale w imię nauki zostaję na miejscu i kontynuuję te zapiski. Redakcję prestiżowego czasopisma medycznego o międzynarodowej renomie proszę o niedokonywanie skrótów. Komitet Noblowski informuję, że mój adres korespondencyjny jest taki sam, jak adres zamieszkania. Obiekt przestał mnie pieścić dłonią. Nachylił się i szepcze mi do ucha (dla zachowania porządku tych notatek, przechodzę do punktu ι):


ι) Po co udawać? Bawić się w konwenanse? A jeśli już się w nie bawić, to czemu od razu przestrzegać wszystkich zasad? Przecież możemy o nich na chwilę zapomnieć. Nagiąć je. Albo nawet złamać... Proszę się nie niepokoić. Nikomu nie powiem, że z ciebie taki nieprzepisowy gracz, taki łamacz reguł, niefairplayer. Zwłaszcza, że od dawna będę już wielorybem. No, eskulapie-stetoskopie, do dzieła!”.


Od tej chwili Lis nie mógł już notować. Wielorybnik Waleń delikatnie uniósł jego głowę i pocałował go. Język pacjenta musnął wargi doktora, rzeklibyście, jakby zapukał do drzwi. I otwarto mu. Wesoło przeszedłszy uchylone wrota ust, spotkał kogoś, kto zmierzał w przeciwną stronę. Zrazu byli wobec siebie nieśmiali, nieufni. Ostrożnie dotykali się, badając wzajemnie. Jednak po chwili spletli się w radosnym uścisku i wnet beztrosko dokazywali po obu gębowych jamach jak kajtkowie po ogródkach jordanowskich.


Tak, język Lisa bardzo polubił język Wielorybnika Walenia. Ku niemałemu zaskoczeniu Lisa. Przemówiłby mu do rozsądku, ale akurat usta miał zajęte. I to z każdą chwilą bardziej. Język Wielorybnika Walenia cały czas bowiem się wydłużał i rozszerzał. Lis stopniowo się na niego nadziewał. Jak, nie przymierzając, soczysty kawałek wielorybniny na rożen. Im głębiej jęzor pacjenta znajdował się w ciele lekarza, tym bardziej Wielorybnik Waleń przeobrażał się w Wieloryba.


„Terapia zakończona sukcesem” – zdążył pomyśleć Lis, a potem, przebity jęzorem Wieloryba Walenia, zobaczył jeszcze Mgłę. Nie tę wcześniejszą, zmieszaną, wyglądającą na miłą. Ta była posępniejsza, gęstsza, ciemniejsza.


Nie uniosła przed Lisem sukienki. Przykryła go swoim welonem jak całunem.


40 wyświetlenia

info

Zarejestruj się - wkrótce!

© 2019 teatrologia.info

  • Facebook - Biały Krąg