Artur Grabowski / KTO NAM PODKŁADA TĘ ŚWINIĘ?

Aktualizacja: lut 20


mat. teatru

Historia prosta jak bajka… Ale przecież komplikuje się na naszych oczach! Nie pokrętnie wszakże, lecz jakby wnikając coraz głębiej w mózgowe zwoje, w coraz bardziej wykrętne korytarze naszych o sobie mniemań. To jedna z tych opowieści, których słucha się niekomfortowo, bo kompromitują zasłuchanego we własne podpowiedzi. Siebie przecież najłatwiej nam zrozumieć, prawda? Ale kogo obchodzi prawda? Zwykliśmy raczej dbać o zgodność konkluzji z założeniami, choćby te pierwsze były fałszywe; a nawet wtedy jeszcze usilniej. A zarazem: jednak prawda! Bo o najprawdziwszą prawdę przecież chodzi w tym najbardziej fikcyjnym z gatunków gadania, jakim jest parabola. I w tym najbardziej nienaturalnym z ludzkich zachowań, jakim jest występ przed zagapioną gawiedzią. Czyżby naturalizm publicystyczny się zestarzał i wróciła odmłodzona sztuczność?


Scenariusz tak skomponowanych wydarzeń musi być prosty. Oto mamy dziewczę bez matury z prowincjonalnego miasteczka; przyjeżdża toto do stolicy pracy uczciwej szukać i zaraz ląduje na kolanach u „dyrektora sieci”; ten łapie ją za pierś jędrną jak gumowa piłeczka, a ona daje się sobą zabawiać, bo przecież zawsze bawiła się lalkami, więc wie jak należy odpowiadać na chłopięce propozycje współpracy. Dalej jednak nie jest wcale konwencjonalnie. Dziewczę się zezwierzęca wprawdzie, ale tak bardzo, że przebije się na drugą stronę – do odzyskanego w naturze swojej człowieczeństwa. Koniec wszakże nie okaże się jednoznaczny… Nie wiadomo bowiem, czy finał romansu z przystojnym dzikiem nie jest aby początkiem narzeczeństwa z istotą z przyszłości, z post-animalnym post-humanistą ze snów erotycznych zrewitalizowanej dziewicy po przejściach. Albo po prostu – wracamy do siebie.


Cały urok w tych woltach sugestii. Skrajna konwencjonalność, nierzeczywistość, ironia, wręcz groteskowa zabawa, jakimi posługuje się w błyskotliwym monologu Marie Darrieussecq, francuska (A jakże!) autorka, rozbrajają zawczasu linię obronną racjonalnych argumentów, pragmatycznych racji, zdroworozsądkowych sądów. A jest czego bronić, bo barbarzyńcy u bram! Na widowni siedzą, nie mam złudzeń, raczej oskarżeni niż oskarżający. To ci, którzy nie zaprotestują przeciw scenicznym kopulacjom, wszak są artystyczne, oburzą się za to z pewnością na stadko dewotek wykrzykujących na pielgrzymkach swoją, nie dość europejską, wiarę. Populistyczne prostactwo czyha już (A jakże!) na ich zasłużone apanaże, na ciężką pracą zdobyte stanowiska; lud egalitarnie dopuszczony do decydowania śmie obrzucać powszechnie uznane autorytety i dyplomowanych profesjonalistów zepsutymi owocami swojej zgniłej moralności. Chcą im odebrać tę odrobinę relaksu należnego po trudach ponoszonych dla społeczeństwa, tę odrobinę świntuszenia, które purytańscy dewoci nazywają prostackim słowem „świństwo”… Jakby sami nie nurzali się w błocie!


Tak, tak - z pozoru bardzo politycznie poprawnie wysłowiona w feministyczno-ekologicznym, antyglobalistycznym dyskursie opowieść o instrumentalnym traktowaniu kobiecego ciała daje się odczytać przewrotnie. Szczególnie we Francji, gdzie skandale niegdyś „obyczajowe” stały się po prostu towarzyską rozrywką, a szczególniej jeszcze w Polsce, gdzie takie figle wciąż spotykają się z oporem, wcale nie biernym, ale i z poparciem, wcale nie cichym. Dnem tego konfliktu nie jest bowiem wcale obyczajność, tym bardziej przyzwoitość, liberalna czy totalna etyka, lecz… ekonomia. Dowód na to przeprowadzony został klarownie, z odpowiednią dozą nadsekwańskiego esprit, i dzięki temu włazi w każde słowo tej tragicznej farsy, żeby wyjść nam bokiem. Bo, niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie chciałby sobie poużywać, gdyby tylko znalazł klucz dostępu! Właśnie dostępność – ona jest przedmiotem pożądania i sednem konfliktu na miarę antycznego rytuału, który nie odbywa się przecież w obliczu żadnego Zbawiciela, lecz u stóp boskiego Dionizosa; jest „kultem cargo”, kulturą używek.


W spektaklu znakiem tego będą zwierzęce maski, które postacie zakładają sobie na głowy. Czy dlatego, że w końcu, dając upust naturalnym instynktom, wyzwalają się z kajdan tradycyjnej przyzwoitości? Bynajmniej. Żaden to symbol, brutalny realizm. Gumowe maski pasują na każdego, bo nie są tylko znakiem zezwierzęcenia, one są równie jawnie gadżetami z sex-shopu, zwyczajnym towarem, zaspokajającym konsumenckie gusta. My, przećwiczeni konsumenci, wiemy niby doskonale, że to, czego „chcemy”, to jest skutek marketingu, a jednak wciąż chcemy tego, bo nasze chcenia nie są wcale sztucznie wymyślone, one są wywołane. Czyż wilk sam nie wyjdzie z lasu, kiedy mu pod nos podstawić atrakcyjnego Kapturka? Tu nie o wolność i równość chodzi, panowie i panie, tu idzie o bezwolność i totalność – waszą, i moją też. Wszyscyśmy przecie na ścieżce postępu, zmierzamy ku globalnej sieci sprzedaży. W takim starciu obrona „prawa do godności” staje się bronią w ataku na broniących „godności prawa”; w takim boju pokonanie przeciwnika polega na odebraniu mu mocy decydowania o własnym życiu, odebraniu zdolności decydowania o własnych wyborach, odebraniu wsparcia w postaci jakichkolwiek przekonań, z wyjątkiem tych, których dostarczają globalne korporacje przez media społecznościowe; bo społeczeństwo dawno już stało się wirtualnym tworem mediów, kontrolowanych zresztą przez te same kasty uprzywilejowanych.


Dramat francuskiej autorki, znakomicie napisany i sprawnie przetłumaczony, elegancko wyważony językowo i symbolicznie, pozbawiony aktualnych aluzyjek, celuje bynajmniej nie w zacofanie, lecz właśnie w nowoczesność. I wali w elity na odlew! Bo tak właśnie, przeciw uprzywilejowanym, robi się prawdziwie krytyczną sztukę. Sztukę odważną i na wskroś nowoczesną, może jeszcze przez chwilę futurystyczną, ale jeśli nawet dotyczy ona przyszłości, to dotykalnie wręcz nieodległej. Daj nam Panie Boże taki lewicowy teatr!

Ale dobry dramat polityczny nie może być tylko dramatyzacją konfliktów społecznych, musi być najpierw dramatem prywatnym. I tak właśnie rzecz się ma w krakowskim przedstawieniu. Dzieje się Historia, ale i historia, i historyjka nawet - wypowiadana z głębi rozdartego dziewczęcego serca i z wnętrzności intymnych jak krew menstruacji. Ta spowiedź w istocie skrywa (w miarę narastania napięcia coraz jawniej) przemówienie niewypowiedziane – wymówki pańskie: polityków i pismaków, menedżerów i prezesów, właścicieli i użytkowników. Bo przecież nie sposób nie zauważyć, że dziewczyny – autorka, aktorki – wypowiadają to wszystko, co im leży na sercu, na wątrobie i na czym tam jeszcze w zakamarkach bielizny - do mężczyzn. Do swoich panów, swoich dyrektorów sieci, swoich wewnętrznych treserów i zewnętrznych trendseterów, którzy sprzedają im kosmetyki, żeby wyglądały jeszcze bardziej powierzchownie, i żeby za stawkę „pół zasiłku dla bezrobotnych” pracowały na promocyjne oferty coraz droższych polepszaczy doskonałości. Cóż bowiem doskonalszego od tej maciory Natury, jeśli nie Cywilizacja… białego mężczyzny? Chyba tylko dobrze zarządzana firma wyspecjalizowana w zaspokajaniu męskich pożądań – od zadbanej skóry począwszy na dostępie do wnętrza skończywszy.


Szybko jednak orientujemy się, że „męskość” oznacza tutaj nie tyle płeć przeciwną kobiecej, co zwyczajną przemoc przeciwstawioną prawu do słabości, przemoc mądrzejszych nad głupiutkimi, przemoc funkcjonariuszy w garniturach nad podwładnymi w fartuszkach, przemoc pewnie stojących na kierowniczym stanowisku, nad chwiejącymi się na szpilkach pracownicami na umowach śmieciowych. Mężczyźni w tej sztuce milczą, pląsają co najwyżej, bo prawdę mówiąc, jeśli mają coś do powiedzenia, to nie wypada im tego powiedzieć głośno. Milczą, bo swoje wiedzą. Wiedzą, że technologia idzie z odsieczą oblężonym w złotych klatkach. Zbroi się przeciw hordom romantycznych naturalistów, którzy pod maską troski o zwierzęta chcieliby zachować tego starego, tego słusznie dogorywającego, tego zawstydzająco prymitywnego w swoich pierwotnych odruchach „moralnych” (jak upiera się je nazywać demokratyczna tłuszcza) - człowieka. Wstyd!

Opowieści dziewczyńskie brzmią za to wiarygodnie. Znakomicie wyznają się Katarzyna Krzanowska i Aleksandra Nowosadko w podwojonej roli panny do przelecenia. To nie jest jednak manifestacja feminizmu kolejnej generacji, ani ekologizmu w najświeższym wydaniu, ani nawet antyglobalizmu, czy anarcho-lewackiej, żółtokamizelkowej sprawiedliwości posthistorycznej. To jest lekka, zabawna, znakomicie wytańczona, bezpretensjonalnie odegrana, rytmicznie wyreżyserowana – bajka dla dorosłych. A może lepiej powiedzieć: dla przerośniętych swoją dojrzałością: jak kawał wieprza słoniną, ja maciora spyrką, jak locha szczeciną… No, co? Zrobiło wam się niedobrze? To dobrze, bo będzie jeszcze gorzej. To jest bajka z boleśnie (dla, póki co, zwycięzców) staroświeckim przesłaniem: pod maską bestii kryje się żywy humanizm – on się znowu obnaży, bo ciało jest jednak ludzkie. I wygląda na to, że kobiety wiedzą o tym lepiej od mężczyzn.


Zanim to jednak nastąpi, w jednym z kilku znakomicie rozmieszczonych punktów dramatycznego napięcia, pojawia się… Peszek! Jan Peszek. Jakiś taki Transhumanus w szarych szarawarach i w cieniuchnych pantoflach, szalem po uszy spowity. I oto Aktor przed nami! Aktor jak zwykle trochę udający Aktora, z nieodłączną ironią w głosie lekko podrasowanym na zgrywę, żeby się całkiem nie zgrać w roli – tutaj gościnnej w dwojakim znaczeniu, bo w charakterze cudzoziemskiego starego sprośnika. Pan Peszek bezwstydnie młody, jakim go pamiętam odkąd zdałem do starszaków, kończynami pląsa płynnie i postronnie, skłony robi do samego gruntu, przetacza korpus przez parcele podłogi. Trzeba wstydu nie mieć, żeby się tak publicznie przeginać od orientacji do orientacji. I nie zgubić ani na moment proporcji, kiedy przecie gołym okiem widać ile ma do odsłonięcia. Z każdego gestu tego doświadczonego wieczną świeżością wirtuoza wyłazi jakiś dawny jego występek, tak że się performer obnaża z tą swoją zdolnością do wszystkiego w przytomności podglądaczy, jak nie przymierzając, okaz pokazowy, dla którego próżno by szukać kategorii rasowej. I to wszystko na dodatek pod batutą syna! A godzi się przyznać, że Peszek Błażej podyrygował w tym koncercie każdemu instrumentaliście miejsce najwłaściwsze, a zarazem dał pole do popisowych improwizacji, w pełni jednak zmobilizowanych. Rytm bowiem jest tego spektaklu najznakomitszym osiągnięciem; rytm synkopowany, zawieszany na zmianach tempa i nastroju, metamorfozach kroków chodzonych w tańczone; rytm synchronicznie rozgrywanych planów, symetrycznie i asymetrycznie ustawianych par i trójkątów; rytm spojrzeń facetów milczących do siebie porozumiewawczo i rytm dogadujących sobie monolog kobiet.


Słowem: ruch przemyślany i skonstruowany, na który jakże rzadko trafia się dziś w teatrze zredukowanym do wchodzenia i schodzenia z platformy agitacyjnej. To wrażenie doskonałości konstrukcyjnej, ale podanej bezpretensjonalnie, jakby od niechcenia, równoważy poczucie niezwykłej naturalności gestu i intonacji, a zarazem uwagi skupionej na wewnętrznych emocjach. Obie aktorki, tak bardzo różne od siebie, różną też drogą zdążające do pełni wykreowanej postaci, balansują między autodystansem a szczerością, nie starając jednak o żadną syntezę, lecz właśnie podtrzymując tę ambiwalencję – uczuć (przepraszam za seksistowskie komplementy) prawdziwie kobiecych, w pełnej skali tego, co feministyczne tak kusząco, że zaiste trudno się oprzeć, nie samym tylko, podejrzewam, samcom. Aktorstwo najwyższej próby, pozbawione szkolnych manieryzmów i efekciarstwa typowo krakowskiego kontaktu z widzem, aktorstwo młodzieńczo bezpośrednie, jakby świadomie amatorskie, a dzięki temu wywiedzione z prawdziwego offu, który w teatrze na krakowskim Kazimierzu znalazł sobie dom.


Teatr miejscem azylu dla zagrożonego człowieczeństwa? Azylem dla zwierząt czułych jak owieczka w wilczej skórze? Takiego teatru czekamy właśnie teraz, kiedy ktoś nam robi to świństwo, że w nas znajduje tylko bestie. Na szczęście są jeszcze miejsca, gdzie „zwierzęciu politycznemu” może przydarzyć się życie prawdziwsze, bo sztuczne bycie sobą – stara ludzka sztuka.


Świństwo Marie Darrieussecq, w przekładzie Barbary Walickiej, Teatr Nowy Proxima w Krakowie, reżyseria: Błażej Peszek, producent: Piotr Sieklucki, projekcje Wojciech Kiwec, muzyka Wojciech Kiwer, światło Marek Kutnik, dźwięk: Grzegorz Janeczek. Występują: Katarzyna Krzanowska, Aleksandra Nowosadko, Jan Peszek, Radosław Lis, Mateusz Lisiecki, Andrzej Michalski, prem. 12-13 I 2020


O AUTORZE:

Artur Grabowski – poeta, dramatopisarz, prozaik, eseista, profesor UJ, zajmuje się głównie poezją i dramatem XX wieku. Ostatnio wydał: powieść “Am. Dziennik z drugiej strony” (2018), wybór wierszy “Wersje” (2018), traktat teoretyczny “Prawdziwy Dramat Teatru. O metadramacie i metateatrze Bogusława Schaeffera” (2017), oraz wybór dramatów “Trzy cztery – tragedia!” (Kraków 2015). Jest współwydawcą serii: “Dramat polski. Reaktywacja” (IBL PAN) oraz “nasze dramaty” (Księgarnia Akademicka, Kraków).

91 wyświetlenia

info

Zarejestruj się - wkrótce!

© 2019 teatrologia.info

  • Facebook - Biały Krąg