Hubert Michalak / JUTRO NIKT NIE PRZYPŁYNIE


"Jutro przypłynie królowa" fot. Natalia Kabanow materiały Teatru

„Piekło to inni” J. P. Sartre’a versus „Piekło jest we mnie” J. Miltona – takie dwa literackie skojarzenia przywołuje inscenizacja reportażu Jutro przypłynie królowa Macieja Wasielewskiego na scenie Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Bohaterki i bohaterowie przedstawienia w pełni mieszczą się w obu tych frazach.


Przed widzami rozpościera się zorganizowane na planie koła miejsce gry. Jego granicą są tory, po których pomyka trójkołowy dziecięcy rower. Wokół torów znalazło się miejsce dla licznych rekwizytów – czy to instrumentów, czy roweru stacjonarnego generującego energię elektryczną, wanny, skrzynek czy niewielkiej kuchni. Nie ma domów, ścian ani żadnych innych przestrzeni, które pozwalałyby się ukryć przed wzrokiem obcych. Wszystkie postaci wystawione są na widok publiczny i z nim konfrontowane. Przez ten zabieg wizualny (scenografia, wideo: Michał Araszewicz) wydawać się może, że mamy dostęp do wszystkiego, co wydarza się na scenie.

Przedstawiona społeczność wyspy Pitcairn, niewielkiego wzniesienia na Pacyfiku, to żyjący w pozornej zgodzie, przestrzegający wspólnego kodeksu i rytuałów kobiety i mężczyźni. Kostiumy bohaterów lokują ich w teatralnym bezczasie, jednak pojedyncze sugestie pozwalają umieszczać akcję w XX wieku, może w drugiej jego połowie. Ostatecznie jednak czas i miejsce akcji nie są tak istotne. O wadze inscenizacji stanowi ponadczasowy temat, opowieść o wykorzystywaniu kobiecego ciała, męskiej zmowie milczenia i braku reakcji.


Już podczas zajmowania miejsc publiczność obserwować może mieszkańców wyspy, którzy częściowo pochłonięci są swoimi sprawami (pielęgnacją drobnych narzędzi czy wzajemnymi interakcjami) a częściowo przyglądają się wchodzącej publiczności. W końcu, gdy przygasną światła, zbiorowym, kilkakrotnie powtórzonym układem ruchowym (choreografia: Tomasz Wesołowski) inicjują opowieść.


Zbiorowość i powtarzalność podkreślone już w pierwszej scenie organizują cały spektakl. Istotne jest, że niewielka społeczność wyspy Pitcairn żyje sama ze sobą, odizolowana od świata zewnętrznego, a jej skład jest policzalny i stanowi zbiór skończony. Podkreślał to już Wasielewski w swym reportażu, stanowiącym kanwę przedstawienia, zaznacza to również inscenizacja symbolicznie odtwarzając kształt wyspy (wspomniane już, okalające scenę tory) i akcentując wyspiarskość poprzez padające ze sceny frazy (adaptacja i dramaturgia: Krzysztof Szekalski). Powtarzalność natomiast to echo piekielnego mechanizmu używania kobiecego ciała. Stanowi on nawracający refren, który w niepojęty sposób organizuje kolejne wyspiarskie „epoki”. Wykorzystywano matkę (Donna: Anna Bałut), starszą córkę (Lisa: Jolanta Solorz-Szwed), wykorzystana zostanie również młodsza córka (Veronika: Maria Kania). I nie tylko one. Żadne wydarzenie zachodzące wewnątrz społeczności nie ma siły, która mogłaby przerwać ten cykl. Nie ma go nawet miłość. Choć od niemal samego początku jesteśmy świadkami rozkwitającego uczucia pomiędzy Abigail (Diana Kozłowska) a Albertem (Jakub Mikulak), to domyślamy się, że również i ta relacja skazana jest na powtórzenie losu wielu innych wyspiarskich miłości. Piekielne koło może ulec zerwaniu pod jednym tylko warunkiem – interwencji z zewnątrz. Żadna taka jednak nie wydarza się, chociaż zgadywać można, że kiedyś miała miejsce: przecież na wyspie znajduje się Lu, pastor, który nie urodził się na Pitcairn (Krzysztof Boczkowski), człowiek określany jako przechrzta. On jednak w mistrzowski sposób opanował mechanizm wyparcia: skupienie na pszczelarstwie i odklepywanych modlitwach pozwala mu nie dostrzegać wyspiarskiego okrucieństwa. Wiadomo przecież, że gdy nie widać problemu, to problemu nie ma.


Społeczność nosi znamiona ubezwłasnowolnionych członków radykalnej sekty. Wszyscy winni są podległość i posłuszeństwo najpotężniejszemu mieszkańcowi wyspy, Buckowi (Bartosz Woźny). Ten nieformalny przywódca zbiorowości nie wyobraża sobie, by mogło być inaczej. Nie ma w nim miejsca na refleksję czy empatię. Podporządkowanie życia kultowi płodności, wybieranie jako partnerek seksualnych coraz to nowych nastolatek, wreszcie ukryte mechanizmy wdrukowane w ciała i umysły wyspiarzy sugerują, że na poły sekciarska tożsamość została przez postaci przyjęta jako coś na kształt kultury w której żyją, wielopokoleniowej tradycji (!) czy też swoistego habitusu charakterystycznego dla tego peryferyjnego skrawka brytyjskiego imperium.

Przedstawienie jest gęste i wewnętrznie nasycone złożonymi relacjami między bohaterami, których intensywność sprawia, że nie dają się po wyjściu z teatru opowiedzieć. Precyzyjne prowadzenie licznych wątków i ich umiejętne splatanie w kompozycyjną całość budują wrażenie przyglądania się jedynie krótkiemu wycinkowi wyspiarskiego życia, nie zaś skończonemu teatralnemu dziełu. Widownia zostaje wrzucona w nieokiełznane wyspiarskie życie i samodzielnie musi odnaleźć wątki, za którymi chce podążać. Zasługa to zarówno oddanego, zwartego i trwającego w nieustannej gotowości zespołu aktorskiego jak i reżyserii (Piotr Łukaszczyk) umiejętnie wydobywającej pojedynczość i indywidualność ze zbiorowości. Ponadto z zasadniczym wątkiem opresyjnego wykorzystywania ciała przez ciało świetnie współgra ustawienie widowni. Publiczność siedzi po dwóch stronach scenicznej „wyspy” stając się mimowolnym zbiorowym świadkiem dramatycznych wydarzeń – oraz świadkiem tego, że są świadkowie (widzimy nie tylko scenę ale również rzędy widzów po jej drugiej stronie). Widownia to świadek milczący, który wobec zła nie podejmuje działania. To również jego/nasza wina, że okrutne koło historii odbywa się po raz kolejny.


Nad sceną, w centrum metalowego okręgu, do którego przymocowano elementy scenografii, znajduje się drobiazg, który łatwo przeoczyć: nie został wydobyty światłem, nie jest ogrywany przez aktorów, wisi kilka metrów nad sceną, nie widać go nawet na fotografiach z przedstawienia. To para dziecięcych butów związanych sznurówkami. Natychmiast odsyłają one do wydarzeń z 2018 roku, kiedy to aktywiści miejscy i polityczni, w performatywnym geście protestu przeciwko kościelnej pedofilii, wieszali dziecięce buty na ogrodzeniach i płotach wokół budynków kościelnych. Celnie wykorzystany, dyskretny element scenograficzny dodatkowo wzbogaca przedstawienie, wnosi do niego rzeczywistość z ulicy i gazet. Na szczęście nie robi tego w sposób natrętnie publicystyczny czy dydaktyczny. Nawiązuje, odwołuje się, odsyła, sugeruje. Jest – i przypomina o kondycji świadka.


Jutro przypłynie królowa na podstawie reportażu Macieja Wasielewskiego, reż. Piotr Łukaszczyk, prem. 7 grudnia 2019, Scena na Strychu, Wrocławski Teatr Współczesny


O Autorze:

Hubert Michalak (1983) – absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego (dramatologia), doktorant Uniwersytetu Opolskiego, dwukrotny stypendysta MKiDN, stypendysta projektu Dorman. Archiwum otwarte, dramatopisarz, performer, recenzent, nałogowy czytelnik.



POPRZEDNIA RECENZJA HUBERTA MICHALAKA

64 wyświetlenia

info

Zarejestruj się - wkrótce!

© 2019 teatrologia.info

  • Facebook - Biały Krąg