Jagoda Hernik Spalińska / SPODNIE I GUZIKI

Aktualizacja: 17 cze 2019



W drugiej połowie lat 90. mój mąż Michał dostał stypendium Fulbrighta, które odbywał na Uniwersytecie Harvarda. Pojechaliśmy więc mieszkać w Bostonie, w którego szerszym obrębie jest Cambridge, z głównym campusem Harvardu. W tym okresie pracowałam nad wykańczaniem książki Wileńskie Środy Literackie i wydruk gotowego wstępu włożyłam do przegródki prof. Romana Szporluka – wybitnego profesora ukrainistyki na Harvardzie, absolwenta UMCS w Lublinie i w ogóle bardzo ciekawej postaci. Po jakimś czasie prof. Szporluk zadzwonił do mnie, bo spodobał mu się mój bardzo krytyczny stosunek do Polski przedwojennej, który wyraziłam w owym wstępie pisząc, że gdyby nie wybuchła II wojna światowa, to Polska narobiłaby sobie dużo wstydu. Dzięki Romanowi Szporlukowi i seminariom na ukrainistyce, na które pozwolił mi przychodzić, poznałam Timothy Snydera – wtedy autora dopiero jednej książki, biografii Kazimierza Kelles-Krauza. Świetnie mówiący po polsku Snyder też przeczytał mój wstęp i też spodobał mu się mój krytyczny stosunek do Polski przedwojennej. Pamiętam, że bardzo ujęło mnie wtedy, że powiedział dokładnie to, co mnie nurtowało w kwestii tzw. krajowców wileńskich – ale tych spod znaku Ludwika Abramowicza, a nie Cata-Mackiewicza – że ich wizja Polski i Europy, czyli wspólnota narodów, była najbardziej nowoczesna, a najmniej się przedarła do mainstreamu, bo było na nią z jednej strony za późno, a z drugiej za wcześnie. Ze Snyderem zaprzyjaźniliśmy się i spotykali we dwójkę w kawiarenkach na skwerach Cambridge, gdzie po jakimś czasie przeprowadziliśmy się z Michałem z centrum Bostonu. Byłam wtedy najpierw w ciąży, a potem tuż po urodzeniu dziecka. Snyder często towarzyszył mi, gdy zamawiałam sobie kawę i pyszne donaty. On sam pił, jak to Amerykanin, jakiś napój niskokaloryczny. Któregoś takiego razu powiedziałam do niego znad kolejnej porcji kawy i pączka: „Cholera, ale gruba jestem”, na co Snyder odparł spokojnie: „No i co się przejmujesz, już się rozmnożyłaś”.


Pewnego dnia, gdy krążyłam jak zwykle z wózeczkiem z Miriam po centrum malutkiego Cambridge, czyli po Cambridge Square, gdzie były moje ulubione sklepy, zapatrzyłam się na wystawę Abercrombie and Fitch. Moją uwagę przykuły bowiem fajne spodnie, „które kupię, jak schudnę”, i rozważałam, czy ich nie kupić już teraz na wszelki wypadek. Wtedy nagle odezwała się do mnie jakaś pani w te słowa: „Ale masz śliczne dziecko”. Uśmiechnęłam się szeroko i wylewnie podziękowałam z moim zagranicznym akcentem. Na to pani: „A skąd ty jesteś?”. Ja na to nadal z uśmiechem „From Poland”. Pani na to zmieniła natychmiast wyraz twarzy i rzekła „Polaków to ja nie lubię, bo oni zabili Żydów”. Popatrzyłam wtedy na moją śliczną Miriam i przypomniałam sobie ten wstęp do Śród, które w tym czasie już dawno były wydane i miały dużo recenzji. (W przeciwieństwie do następnej mojej książki, która wyszła chwilę później – o teatrze w Wilnie podczas II wojny światowej – i która nie wzbudziła żadnego zainteresowania.)


Gdy wróciliśmy do Polski (przyjechałam dokładnie w tych spodniach, które wtedy jednak kupiłam), wstępowaliśmy akurat „do Europy” i moda w Polsce na oikofobię właśnie wchodziła w fazę rozkwitu. Zaczynało się to, co mamy do dziś, czyli że aby wejść do środowiska opiniotwórczego, trzeba oburzyć się na polski antysemityzm, zaściankowość i ciemnogród. Ucieszyłam się wtedy i odetchnęłam z ulgą, że nie doprowadziliśmy do końca tego pomysłu z Rafałem Węgrzyniakiem – który nam się urodził kiedyś, na początku lat 90., chyba przy okazji pracy nad zeszytem żydowskim „Pamiętnika Teatralnego”, podczas naszych niekończących się rozmów w redakcji – czyli by stworzyć Antologię Polskiego Antysemityzmu. Teraz bowiem, przy tej fali oburzeń, byłoby zwyczajnie wstyd. Pęd do aktów strzelistych podsumował kiedyś Michał. Jedna moja przyjaciółka zachwycała się, jaki wspaniały jest Tomas Venclova, bo powiedział: „Ja też zabijałem Żydów”, na co Michał odparł: „Jak zabijał, to jego miejsce jest w więzieniu”. Ale na początku XXI wieku było już na wszelki zdrowy rozsądek za późno. Przekłuty przez Michała jednostkowy balon odrastał w elitach z jeszcze większą siłą – że dam upust rodzącej mi się w gardle metaforze.


Owcze pędy rozpowszechniły się w różnych dziedzinach życia społecznego, ale rażą mnie one głównie w środowisku naukowym, gdzie brak umiaru we włączaniu się w najnowsze, jedynie obowiązujące trendy i mody jest szczególnie rażący i groteskowy. Umysł naukowy powinien bowiem być krytyczny i samodzielny. Jest jeden mem z poprzedniej kampanii wyborczej, który pokazuje, jak coś takiego – w moich przynajmniej oczach – wygląda. Mem pokazuje Ewę Kopacz w jakimś środku transportu miejskiego, która stoi przytulona do poręczy, nad siedzącymi mężczyznami o zdezorientowanym wyrazie twarzy. Jeden z nich ma na sobie t-shirt z napisem „Polska” i ogromnym orłem. Ewa Kopacz w bluzce z guzikami, każdy w innym kolorze, mówi coś, patrząc w okno, a dopisany dymek z jej ust zawiera, co następuje: „Co u was, chłopaki? Ja wracam z melanżu. Było grubo, mówię wam, było tak grubo, że rano musiałam przyszywać guziki do bluzki i znalazłam tylko takie w różnych kolorach”.




PRZECZYTAJ POPRZEDNI FELIETON Z CYKLU "NA SKRZYŻOWANIU"


PRZECZYTAJ NASTĘPNY FELIETON Z CYKLU "NA SKRZYŻOWANIU"

277 wyświetlenia

info

Zarejestruj się - wkrótce!

© 2019 teatrologia.info

  • Facebook - Biały Krąg