Kalina Zalewska / DALEKO OD AUTOSTRAD

Aktualizacja: mar 19




Październikową nocą miejsko-wiejski Supraśl przypomina być może Jabłonicę pod Stanisławowem, w której rozegrała się tragedia, opisana w Sędziach przez Wyspiańskiego. Latarnie czynne są tylko przy głównych ulicach. Kogo los prowadzi mniej uczęszczanymi traktami, musi poruszać się w ciemnościach. Widoczne są tylko jasno oświetlone karczmy i dwa, trzy luksusowe hotele, pobudowane w podlaskim miasteczku. Tymczasem za dnia widać tu przede wszystkim osadzone w osi głównych uliczek kościoły, cerkiew i potężny monaster, od którego wszystko się zaczęło. Nocą, zgodnie z biologicznym zegarem, dominują inne przybytki. Zapewne wtedy Natan, syn karczmarza Samuela, zakradał się do Jewdochy, nocą huculska dziewczyna, postrzelona przez kochanka i zostawiona sama sobie, wykrwawiła się w swojej komorze.

Siłą tutejszych przedstawień są na pewno żywe emocje, charakterystyczna forma i gęsta materia opowieści. Który już raz za ich sprawą odwiedzam Supraśl, nie liczę. Wierszalin wrósł na stałe w teatralny krwioobieg, jak Teatr Witkacego w Zakopanem, jak położone pod Lublinem Gardzienice – zespoły pracujące własną metodą, daleko od autostrad, za to w miejscach silnie nacechowanych specyfiką regionu, często ze swoją legendą, osobowościami, niezwykłą przyrodą.

Miasteczko liczące niespełna pięć tysięcy dusz, otoczone Puszczą Knyszyńską, dorobiło się nie tylko własnego teatru, liceum plastycznego i muzeum ikon, ale i wyjątkowych obywateli, jak twórcy Wierszalina czy wybitni znawcy teatru, Halina i Marek Waszkielowie. Czy mieszkańcy, często podróżujący busem do i z Białegostoku, nierzadko pomieszani z docierającymi tu aktorami i widzami, są dumni ze swojej sceny – nie wiem. Wiem natomiast, że teatr przemawia w ich imieniu, nawet, jeśli o tym nie wiedzą. Prowadzący go Piotr Tomaszuk sam wywodzi się z tych okolic. Pamięta ile zamieszania zrobił swojego czasu cud w Zabłudowie. Wie, że zielarki i cudotwórczynie nadal tu istnieją. Teatr, który stał się poniekąd ambasadorem Podlasia, czerpie energię z miejsca, w którym istnieje. Kto chce zrozumieć skąd bierze się charakterystyczna scenografia i kostiumy, powinien zobaczyć jak bardzo wyrastają one z tego, co dookoła.

Toteż dobrym wstępem do wierszalińskich Dziadów jest przejażdżka rzeczonym busem i wsłuchanie się w zaśpiew tutejszego języka, żeby potem usłyszeć tę melodię ze sceny. Najbardziej sute przekleństwa brzmią w nim miękko, inaczej niż w wielkich miastach. Jak naturalna, odwieczna część języka, a nie jak gwałt przez uszy. Ale i Mickiewicz brzmi inaczej, zapewne bliżej oryginału, bo Supraśl, dużo starszy od Białegostoku, był kiedyś częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Wierszalin wyraża tożsamość tego miejsca także wtedy, kiedy wystawia Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego, powracając do Mickiewiczowskiej gloryfikacji Polski i polskiego losu, otwarcie postulowanego mesjanizmu, kłócących się dziś z proeuropejskim kursem. Tożsamość prowincji, od której zależy, czy globalizacja wszystkiego nie ujednolici, czyniąc z nas ludzi niebezpiecznie do siebie podobnych, wpatrzonych w smartfony, żyjących w rytmie Facebooka, podobnie ubranych klientów galerii handlowych i podobnie myślących zakładników zglobalizowanych mediów. Nowa unifikacja jest inna niż ta, której bał się Witkacy, ale też wydaje się groźna. Widoczna jest zresztą i w rzeczonym busie, jednak pasażerowie jeszcze w nim ze sobą rozmawiają.

Najnowszy spektakl Teatr, którego nie było to opowieść o spotkaniu Ludwika Solskiego, dyrektora krakowskiego teatru, z umierającym Stanisławem Wyspiańskim, przynoszącym mu tekst Sędziów z prośbą o wystawienie, i spotykającym się z odmową. Wzburzony autor sam rozpoczyna inscenizację swojej sztuki i, niczym Chochoł powodujący w Weselu przybycie zjaw, zmienia realizm w nadrealizm. Rafał Gąsowski bardzo dobrze gra Wyspiańskiego, a potem kilka zjaw-postaci jego tragedii: Dziada, Sędziego, dynamicznego Urlopnika. Z dobrze napisanego, ironicznego dialogu, przełamywanego przez postać Wyspiańskiego metaforami i niedopowiedzeniami, w którym Solski twardo trzyma się przyziemnego realizmu, przechodzimy w skondensowany przez Tomaszuka tekst Sędziów, poważnie zmieniony w stosunku do oryginału. Wypadki rozgrywają się błyskawicznie, by potem cyklicznie powracać, jako lejtmotywy scen i poszczególnych postaci, jak w teatrze Kantora.

W poetyce Wierszalina czy Cricotu taki zabieg mieści się znakomicie, ale tragedia na tym traci. Nie wybrzmiewa we wszystkich aspektach rozmowa Dziada z Samuelem, przez co zarówno Gąsowski, jak i Dariusz Matys, zostają pozbawieni szansy na pełne role, a widzowie szansy na poznanie historii i komplikacji tej relacji. Nie następuje w niej też starcie dwóch wielkich religii, bohaterzy wyrzucają tylko sobie wzajemne przekroczenia. Złączeni w przedziwnym tańcu przyjmują efektowne pozy, jakby dziś była to wyłącznie licytacja na słowa i gesty. Podobnie Jewdocha Moniki Kwiatkowskiej jawi się jako postać dużo prostsza, inna niż w oryginale. Twórcy puszczają w obieg powracające motywy i frazy, pozwalając sobie na wariacje, i ufając, że widzowie znakomicie znają intrygę Sędziów. Urlopnik, postać dodana przez Wyspiańskiego podczas drugiej redakcji tekstu (1907) i do końca w nim nie zaczepiona (Dziad w rozmowie z Jewdochą nie wspomina o synu), nie jest tu bratem bohaterki, tylko żołnierzem, który na przepustce ma z nią erotyczne zbliżenie, stając się konkurentem Natana. To zresztą scena nieobecna w scenariuszu, powstała w trakcie prób. Nie wiadomo czy Wierszalin wzmacnia realny przebieg zdarzeń, opisanych przez Wyspiańskiego, a nie samą tragedię, choć nie neguje postaci Joasa (w rzeczywistości brat Nuty Marmarosza był podobnym gagatkiem jak on), czy tylko sugeruje, że religijne inspiracje, ważne dla Joasa, nie mają dziś w konflikcie Dziada i Samuela racji bytu.

166 wyświetlenia

info

Zarejestruj się - wkrótce!

© 2019 teatrologia.info

  • Facebook - Biały Krąg