Maja Margasińska / SZEKSPIROWSKIE DZIADY


Fot. Mateusz Bral

Grzegorz i Alicja Bralowie, twórcy Hamleta – komentarza, w wywiadach, rozmowach i opisach spektaklu odżegnują się od Shakespeare'a, twierdząc, że przedstawienie Teatru Pieśń Kozła Hamletem nie jest, nie jest też jego adaptacją, ani nie dopisuje mu niczego – że jest wyłącznie autorskim komentarzem do tekstu. Jak gdyby na potwierdzenie swoich słów sytuują akcję widowiska na dwa miesiące przed wydarzeniami opisanymi przez mistrza ze Stratfordu, w noc śmierci starego króla Hamleta. Otóż o ile rozumiem tę zachowawczość (w końcu Alicja Bral napisała własny tekst, dość luźno oparty na Shakespearze, wprowadziła nowe postaci i dała nowe implikacje), o tyle zupełnie się z nią nie zgadzam, ponieważ ten oniryczny, oryginalny, przejmujący spektakl jest stuprocentowym Hamletem: opowiada całą znaną nam historię, co z tego, że za pomocą innych słów czy innych środków wyrazu?


Jest noc śmierci starego króla Hamleta. Zamek w Elsynorze nie śpi – wszyscy jego mieszkańcy zbierają się nad ciałem na czuwanie. Mają ze zmarłym jakieś niedokończone sprawy, jakieś niewyjaśnione kwestie, jak to zwykle bywa przy nagłych odejściach. Chcą je jeszcze przepracować, wyrazić to, co było przemilczane, pragną jeszcze na chwilę zatrzymać duszę króla na ziemi. Czuwanie to przeradza się w rodzaj „pustej nocy” czy Dziadów – obrzędu nie tyle pogrzebowego, co takiego, którego istotą było obcowanie żywych z umarłymi. Przy łóżku zmarłego bohaterowie spektaklu śpiewają pieśni – lamenty czy solilokwie – mające przynieść duszy ulgę i ochronić ją przed złymi wpływami, podobnie jak światło. Cykl otwiera młody Hamlet, który żegna się z ojcem w sposób bardzo przejmujący, nie szczędząc mu jednocześnie gorzkich słów. To w ojcu widzi przyczynę swojej słabości, bierności i braku pewności siebie: wiecznie rozczarowujący starego króla, nie dość dobry, zbyt krótko trzymany. Bral kładzie zresztą znak równości pomiędzy nim, Ofelią i Laertesem, dając obraz zmarnowanego pokolenia. Do takiej interpretacji skłania nie tylko tekst, lecz także powierzenie roli starego Hamleta i Poloniusza jednemu aktorowi. Przestaje mieć znaczenie, jak mu na imię i jaką piastował funkcję: pozostaje utraconym ojcem, którego nigdy się nie zadowoliło, którego się kochało i nienawidziło i przez którego było się zniewolonym. W przypadku Ofelii nawet dosłownie, bo twórcy sugerują niedwuznacznie napięcia erotyczne pomiędzy Poloniuszem a córką.


Specyfika teatru elżbietańskiego sprawiała, że w każdej sztuce Shakespeare’a najważniejszy wątek powtarzany był trzykrotnie, by widz zorientował się w fabule. Nie inaczej było z Hamletem, w którym najważniejszym, lustrzanym wręcz odbiciem historii duńskiego księcia jest Ofelia: tak samo jak on utraciła miłość, a następnie ojca. Tak samo jak on nie potrafi, czy nie może dokonać zemsty. Jej szaleństwo jest tak samo udawane jak jego. Tylko w momencie, w którym Hamlet zastanawia się, czy być, czy nie być, ona – wzorem wszystkich Szekspirowskich heroin – działa. Dokonuje wyboru. Trzecim powtórzeniem jest historia Laertesa. To już dalekie echo, lecz wciąż jeszcze czytelne. Bral uwypukla wszystkie trzy opowieści, stawiając je na tym samym poziomie znaczeniowym. Dzięki temu widzimy nie tylko znany Szekspirowski model ojca surowego dla córki, lecz także krzywdy, jakie twarda ojcowska ręka może wyrządzić każdemu, niezależnie od usposobienia czy płci. Wszyscy troje, całe elsynorskie pokolenie, w którym można by pokładać nadzieję, idzie na zmarnowanie. Widzimy, jak po kolei umierają, a ich rzeczywista śmierć jest tylko następstwem martwoty, która od dawna była już ich udziałem.


Gertruda jest dziewczynką, która zaufała i doznała rozczarowania. W królewskich rodzinach małżeństwa rzadko zawiera się z miłości, raczej są to transakcje polityczne i handlowe. Z żałobnych pieśni Gertrudy wyłania się taka właśnie historia. Aby stać się królową, musiała zabić niewinność, naiwność i idealizm dziewczynki. Bardziej niż męża opłakuje siebie z tamtych lat, nosi żałobę po sobie. W spektaklu Brala to ona dokonuje mordu – być może nakłoniona do tego przez Klaudiusza, który ciężar zabójstwa bierze na siebie. Nie okazuje skruchy – dla niego ta śmierć była wyłącznie precyzyjnie wyliczoną stawką w grze o władzę. Nie tylko królewską. Twórcy spektaklu sugerują, że nie może on mieć dzieci – i ta niemożność przedłużenia swego rodu staje się ziarnkiem piasku, wokół którego narasta perła nienawiści, gniewu i urazy.

Bardzo ciekawe jest powierzenie roli Klaudiusza młodemu, bardzo atrakcyjnemu mężczyźnie. Czy kobieta w kwiecie wieku, żyjąca przez wiele lat przy starym i apodyktycznym mężu, nie mogłaby ulec podszeptom namiętności? I czy ocenialibyśmy ją tak samo surowo jak jej syn?


Oprócz postaci doskonale rozpoznawalnych mamy w widowisku Brala personifikacje uczuć czy stanów emocjonalnych, a także postać o niejasnej proweniencji: czy jest to utracona siostra Hamleta, czy może sam Hamlet w kobiecej postaci? Ta druga interpretacja jest mi bliższa, ponieważ pokazuje wyraźnie niemożność działania kobiety, jej zależność od decyzji i od widzimisię ojca, brak suwerenności, czy wreszcie przemoc maskulinistycznego świata. Głos dziewczyny-Hamleta łączy się z głosem Ofelii w przejmującym leitmotivie. „Nigdy nie było żadnego Hamleta", w podtekście Ofelii – bo zawsze byłeś tylko ty, ojcze, w podtekście dziewczyny-Hamleta – bo jestem tylko ja.


Pieśni śpiewane są przez zespół a capella i są w swej ekspresji niezmiernie przejmujące. Inscenizacja traci jednak w partiach mówionych (być może twórcy powinni skupić się wyłącznie na śpiewakach). Zabrakło mi również dynamiki – jak gdyby pełna napięcia choreografia i wykonanie poszczególnych pieśni czy fragmentów nie przekładały się na dramaturgię całości. Jednak spektakl jest zachwycający wizualnie i muzycznie – już w pierwszych minutach chwyta za gardło i nie chce puścić przez całą godzinę. To wrażenie potęgują minimalistyczne, nic niemówiące czarne kostiumy i prosta scenografia Roberta Florczaka, wyraźnie nawiązująca do Umarłej klasy Tadeusza Kantora: białe pudło z lustrami rozmieszczonymi po bokach i pośmiertną maską starego Hamleta wiszącą na środku i rzucającą cień na żywych – to jak gdyby nakaz „Pamiętaj o mnie!”, dany nie tylko synowi, jak w tekście Shakespeare’a, lecz także wszystkim bohaterom, a nawet nam, widzom, w którymś momencie sprowadzonym do roli Horacja. Tę minimalistyczną przestrzeń uzupełniają surowe krzesła – trony zbudowane ze szczątków oraz długie stoły przestawiane przez aktorów podczas spektaklu, a także łóżko zmarłego w centralnym punkcie sceny. Początkowo stary król w nim leży i nie jesteśmy w stanie zorientować się, czy to człowiek czy może manekin. Podobnie jak u Kantora, napięcie pomiędzy martwotą przedmiotów, a śmiertelnością ciała ludzkiego, odgrywa tutaj jedną z głównych ról.


„Time is out of joint” – mówi Shakespeare w Hamlecie i zdaje się, że owo przekonanie, iż czas jest kością wyłamaną w stawie, jest bardzo bliskie Bralowi, w którego inscenizacji czas przedstawiony jest nielinaearnie, fragmentarycznie. Z jednej strony akcja dzieje się w czasie jednej nocy po śmierci króla, z drugiej mamy wszystkie zdarzenia, jakie znamy z tragedii duńskiego księcia. Czy jest to noc, w której przyszłość i przeszłość splatają się ze sobą w nierozwiązywalny węzeł? Czy idąc tropem Dziadów, bohaterowie wzywają dusze, które odeszły, przeżywają rzeczy, które powinny się wydarzyć, oczyszczają się w ten sposób i żyją dalej szczęśliwie i spokojnie? Mogłaby o tym świadczyć scena palenia białych materii, gdyby z drugiej strony nie oznaczała dusz gotowych do odejścia. Cały spektakl pozostaje w swej wymowie niejednoznaczny, a dzięki temu emocjonalny i przejmujący, bo własny. To jego największa siła.


Hamlet – komentarz, dramaturgia Alicja Bral, reżyseria Grzegorz Bral, Teatr Pieśń Kozła, prem. 2 VII 2017, pokaz w ramach 22. Festiwalu Szekspirowskiego 30 VII 2018

148 wyświetlenia

info

Zarejestruj się - wkrótce!

© 2019 teatrologia.info

  • Facebook - Biały Krąg