Marta Żelazowska / PUSTA SCENA

Aktualizacja: 17 wrz 2018


Fot. Tomasz Urbanek / East News

Pusta scena i dwoje aktorów – tak można opisać Tchnienie Duncana Macmillana zrealizowane w stołecznym Teatrze Narodowym. Grzegorz Małecki, zgodnie z zawartymi w didaskaliach sugestiami autora, zrezygnował z większości elementów inscenizacyjnych: scenografii, rekwizytów, zmiany kostiumów, dźwięku. Reżyserię światła zastąpił oświetleniem technicznym. Nic nie wskazuje na zmianę miejsca i czasu wydarzeń scenicznych, możemy o tym wnioskować jedynie z wypowiedzi postaci. Wyczyszczona z bodźców wizualno-audialnych przestrzeń uniwersalizuje przekaz.


Tchnienie jest opowieścią o życiu i miłości dwojga ludzi. Grzegorz Małecki otrzymał tekst Macmillana od szkolnej przyjaciółki – Anny Gujskiej, która obejrzała spektakl w Londynie (światowa prapremiera 2 października 2011 roku w Waszyngtonie) i tak jej się spodobał, że go przetłumaczyła. Małecki zakochał się w tekście, do czego przyznał się w jednym z wywiadów. Ujął go język i tożsame z jego własnym myślenie o teatrze. Jan Englert, dyrektor Teatru Narodowego, umożliwił jego realizację. Znany aktor zadebiutował w roli reżysera.


Tchnienie w interpretacji Małeckiego jest opowieścią o człowieku–everymanie. Macmillan unifikuje postacie: w didaskaliach określa tylko płeć (oznacza ją skrótami: M i K), sugeruje, by w programie do spektaklu pojawiły się jedynie nazwiska odtwórców ról. Reżyser idzie o krok dalej, wbrew komentarzom autora, rezygnuje z wszelkich odniesień, które mogłyby sugerować miejsce rozgrywania się wydarzeń scenicznych. To, co oglądamy, może wydarzyć się w każdym z miast Europy zachodniej i dotyczyć każdego 20–40 latka.


K (Justyna Kowalska) i M (Mateusz Rusin) są przedstawicielami klasy średniej. Nie żyją ponad stan, ale stać ich na spłatę rat kredytu, wakacje i spełnianie drobnych zachcianek. Są wykształceni. Ona robi doktorat, on wciąż rozwija intelekt, podczytując książki z jej biblioteki. Aktywnie uczestniczą w życiu kulturalnym i społecznym (chodzą na manifestacje). Doskonale orientują się w problemach współczesnego świata, choć czasem ich opinie przypominają powtarzane bezrefleksyjnie medialne przekazy. Żyją zgodnie z obowiązującymi trendami a ekologia jest im szczególnie bliska: kilkakrotnie wspominają o konieczności sadzenia drzew, zmniejszenia emisji CO2, segregacji śmieci, oszczędzaniu wody. To typowi „obywatele świata”. Styl życia stoi jednak w sprzeczności z decyzją o założeniu rodziny. To, co dawniej było naturalną konsekwencją dorosłości, dziś urasta do rangi problemu egzystencjalnego. Nie dziwi więc przerażenie głównej bohaterki, gdy z ust partnera słyszy słowo „dziecko”.


Macmillan pisze nie tylko o naturalnych obawach przyszłych rodziców przed zmianami następującymi w życiu wraz z pojawieniem się potomka, porusza także problem emocjonalno-społecznej niedojrzałości współczesnych młodych ludzi. K i M to skoncentrowani na sobie indywidualiści, nawet decyzję o powiększeniu rodziny rozpatrują w kategoriach osobistej zmiany (w jej mniemaniu dotyczy jedynie kobiety). Bohaterowie są zafiksowani na karierze i własnym rozwoju. On ciągle marzy, by zostać muzykiem, choć prawdopodobieństwo, że mu się to uda, jest znikome. Ona kończy studia, by zdobyć lepszą pracę, a na razie ma tylko pół etatu. Żyją razem, tu i teraz i jest im dobrze. Związek z drugim człowiekiem zaspokaja podstawowe potrzeby – miłości i bliskości. Protagoniści tulą się do siebie, całują, widać, że są szczęśliwi, jednak trudno jest mi uwolnić się od myśli, że u podłoża relacji stoją czysto egoistyczne pobudki. Oni potrzebują siebie, by w drugiej osobie przejrzeć się jak w zwierciadle. Wchodząc w interakcje, jak mantrę powtarzają: „porozmawiajmy”, jednak nie otwierają się na towarzysza życia, nie słuchają. Znamienna jest scena, w której opowiadają o oczekiwaniach, których „druga połowa” nie spełniła. Trudno powiedzieć z jakiego powodu: nie przyjęła do wiadomości, nie usłyszała czy nie domyśliła się? Celem rozmowy, jak można by przypuszczać, nie jest tu wymiana poglądów, dojście do wspólnych wniosków, budowanie relacji. To raczej konfrontacja z własnymi poglądami. Tylko dzięki zderzeniu z partnerem potrafią poddać się autorefleksji, skonstruować obraz samego siebie, a tym samym osiągnąć własne cele.


Można by rzec, że K i M to „wolne elektrony”, które przyciągają się i odpychają z taką samą intensywnością. Kochają się, a za chwilę nienawidzą. Pragną ze sobą przebywać, a jednak się rozstają, by wreszcie do siebie wrócić. Potrzebują siebie, ale nie bardzo potrafią ze sobą żyć. Można odnieść wrażenie, że pierwotna potrzeba przynależności i bliskości staje w konflikcie z rozbuchanym indywidualizmem, a brak kompetencji interpersonalnych jeszcze pogarsza sprawę. Do tego dochodzi wpływająca na relacje i decyzje obawa o niepewną przyszłość oraz dominujący nad sferą emocjonalną racjonalizm. W efekcie otrzymujemy gorzkie studium psychologiczne współczesnego egocentrycznego człowieka.


Justyna Kowalska i Mateusz Rusin pojawiają się na scenie bez charakteryzacji, w codziennych ubraniach (jeansy, sportowe buty). Wyglądają zwyczajnie, przeciętnie, są jak żywcem wyjęci z warszawskiej ulicy. Pod ostrzałem czujnych spojrzeń widowni aktorzy czują się jak przysłowiowa „ryba w wodzie”. Pusta przestrzeń nie peszy, wręcz przeciwnie staje się atutem, pretekstem do kreacji świata słowem. To, co zwykle osiągają reżyserzy, stosując rozmaite triki inscenizacyjne, tu zostaje opowiedziane. Z rozmowy protagonistów dowiadujemy się o zmianie miejsca i czasu akcji. Nastrój, swoisty rytm spektaklu opierają się jedynie na kompetencjach aktorskich. Kowalska i Rusin grają niezwykle swobodnie, naturalnie. Odniosłam wrażenie, że nie tyle inscenizują, co po prostu intensywnie „są” na scenie. Posługują się językiem potocznym, bezpretensjonalnym. Mówią zwyczajnie, bez skrępowania: nie kończą zdań, wchodzą sobie w słowo, czasem mówią jednocześnie, powtarzają, wycofują się z tego, co przed chwilą powiedzieli, dopowiadają. Prezentują cały wachlarz emocji. Młodzi aktorzy brylują na scenie. Po mistrzowsku żonglują uwagą widzów, nie pozwalają jej umknąć nawet na chwilę, publiczność się temu poddaje, zamiera w bezruchu, wstrzymuje oddech, by za chwilę, gdy napięcie opadnie, wymownie odetchnąć.

Tchnienie urzeka prostotą, tak cudownie wyróżnia się spośród tego, co na co dzień możemy oglądać w warszawskich teatrach. Premiera została przyjęta owacją na stojąco.


Duncan Macmillan, Tchnienie, przekład Anna Gujska, reżyseria Grzegorz Małecki, premiera 8 września 2018, Teatr Narodowy w Warszawie (Scena Studio), występują: Justyna Kowalska i Mateusz Rusin.

387 wyświetlenia

info

Zarejestruj się - wkrótce!

© 2019 teatrologia.info

  • Facebook - Biały Krąg