Patryk Kencki / METAFIZYCZNA CHOREA

Aktualizacja: 4 wrz 2018


Fot. HaWa

Tegoroczna edycja Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Retrospektywy rozpoczęła się od premiery Teatru Chorea. Przedstawienie przygotował Tomasz Rodowicz według scenariusza napisanego wraz z Katarzyną Knychalską. Nosi ono tytuł 2. 0. 4. 5. Miniopera metafizyczna i stanowi rodzaj futurologicznej podróży. Głównym tematem jest bowiem przyszłość świata w epoce postludzkiej. Autorzy przewidują jej nadejście już niedługo, bo za jakieś ćwierć wieku, czyli w okolicach przywołanego w tytule roku 2045.


Z jednej strony takie dywagacje na temat ludzkiej egzystencji i tajemnic związanych z przyszłością świata intrygują. Z drugiej jednak mają w sobie coś z kawiarnianego filozofowania. Trudno mi więc ukryć, że inscenizowany tekst nie wydaje mi się najbardziej atrakcyjnym elementem spektaklu.


Walory przedstawienia wiążą się natomiast ze sferą wykonawczą. Porządkują ją przede wszystkim dobrze ustawiony rytm i muzyka. Rytm nieustannie współtworzony jest przez wszystkich uczestników przedstawienia. Muzykę na żywo wykonuje kwartet smyczkowy Befane (na skrzypcach grają Kamila Wójcicka-Maciaszczyk i Barbara Solnica, na altówce – Małgorzata Sielatycka-Sobczyk, a na wiolonczeli – Zofia Łęczycka). Na tym efektownym tle toczą się działania podejmowane przez performerów. Oczarowuje przede wszystkim warstwa choreograficzna, za którą odpowiada Joanna Jaworska-Maciaszek, występująca zresztą na scenie. Obok niej i Rodowicza gra w tym spektaklu jeszcze siedmioro aktorów. Są to: Joanna Chmielecka, Bartosz Figurski, Majka Justyna, Michał Jóźwik, Aleksandra Kugacz-Semerci, Mertcan Semerci i Daria Szymańska.


Jednym ze środków zastosowanych w choreografii jest skupianie się i rozpraszanie wykonawców, co nadaje ich działaniom pulsacyjny, kojarzący się z pracą serca rytm. Inny to przyspieszenia i spowolnienia. Trzeci wreszcie to coś, co kojarzy się z obrazem zaczarowanych przechodniów. Aktorzy przesuwają się przez scenę bardzo energicznie, a ruch ten odbywa się najczęściej po liniach prostych. Jako że tory ruchu częstokroć się krzyżują, choreografia zyskuje na dramatyzmie. Oto bowiem co i raz spodziewamy się kolizji. Zamiast zderzenia ciał możemy jednak zaobserwować wyhamowanie, korekcję „orbity” i płynne wprawienie w dalszy ruch. Wykonawcy nie ograniczają choreografii do dwóch wymiarów (szerokość i głębokość sceny), ale również wykorzystują możliwości związane z tym trzecim. Oto na przykład, niespodziewanie się zatrzymując, przyklękają, zastygają w skłonie czy wręcz kładą się na podłodze. Cała choreografia przypomina więc doskonale działający mechanizm, którego elementy ożywają, krzyżują się i ulegają wyłączeniu. Nietrudno to skojarzyć z jakimś tańcem o wymiarze kosmicznym, co doskonale pasuje do poruszanej w przedstawieniu tematyki.


Wspomniana dobra rytmizacja wiąże się także z odpowiednim przeplataniem sekwencji, których dominantą jest czy to ruch, czy to wypowiedzi, czy to śpiew. Obecność tego ostatniego w pewien sposób uzasadnia tytuł spektaklu. W sposób oczywiście umowny. Nie usłyszymy tu śpiewu operowego, który przecież nie współgrałby z harmonią wykorzystanych środków. Wymiar wokalny w spektaklu Chorei wyrasta z własnych poszukiwań teatru, z gardzienickich doświadczeń Rodowicza, z wyraźnie etnicznych inspiracji. Śpiew ten bez wątpienia oddziałuje na widzów emocjonalnie. Szczególnie dotyczy to fragmentów przechodzących w przejmującą lamentację.


Scenografia została ograniczona do minimum. Większość aktorów ma na sobie dość zwyczajne ubrania. Tylko czasem zaskoczy nas nietypowy element, jak na przykład długi, niejednolity kolorystycznie płaszcz Rodowicza. Kostiumy te zaprojektowała Daria Szymańska z pomocą Katarzyny Romańskiej. Dekoracje to prosta stalowa konstrukcja, na której rozpięto ciemny, elastyczny materiał. Ów wymyślony przez samego Rodowicza obiekt kojarzy się z jakimś ponurym żaglem, co zapewne ma podkreślać niepewność przyszłości, ku której płyniemy. Rozciągliwość materiału pozwala aktorom na wkraczanie w przestrzeń obiektu. Szczególne wrażenie robi scena, w której wykonawcy znajdujący się za tym żaglem zaczną nań napierać twarzami i dłońmi. Widownia ujrzy wówczas jakieś widmowe postaci o nieokreślonych kształtach. Czy oto ukazują nam się istoty z przyszłości?


Tekst Rodowicza i Knychalskiej ma charakter autorski, ale znajdujemy w nim nawiązania do wielkiej literatury. Biorąc pod uwagę podjętą tematykę, nie będziemy zdziwieni przywołaniem poematu T. S. Eliota Wydrążeni ludzie. A zresztą wspomniane przez poetę skomlenie, które zamiast huku wtóruje końcowi świata, komponuje się z przywoływaną już lamentacyjną formą śpiewu. Nie zdziwi nas również sięgnięcie do biblijnego opisu stworzenia. Już na początku Rodowicz sparafrazuje i skomentuje fragment o powstaniu ludzi. „Załóżmy, że szóstego dnia…” – tak podkreślając swą niepewność, co do rzeczywistego pochodzenia ludzkości, rozpocznie pierwszy monolog. Kiedy dojdzie do słów nakazujących człowiekowi, aby czynił sobie ziemię poddaną, już całkiem jasno przyzna, że z tą frazą ma kłopot. Wreszcie gdy przywoła motyw Boga odpoczywającego siódmego dnia, wyrazi przekonanie, że Bóg nadal pozostaje w bezruchu. Te pełne religijnych wątpliwości wyznania tłumaczą użyty w tytule przedstawienia epitet. Jakkolwiek twórcy nie są niczego w zupełności pewni, to jednak wśród intrygujących ich zagadnień jest także metafizyczny wymiar naszego świata. Dowodzą tego również pytania kierowane do widzów. Wśród nich pojawiło się zaskakująco bezpośrednie: „Kto z was czeka na drugie przyjście Chrystusa?”


Jakkolwiek domysły na temat ludzkiej przyszłości, wyliczanie jej kolejnych epok, przeczucia dotyczące dominacji sztucznej inteligencji sprawiają wrażenie dość naiwne, to jednak na sposób ich odbioru wpływa sceniczna obecność Rodowicza. Trudno mieć wątpliwość, że wypowiadane przez niego kwestie mają pokrycie w autentycznych niepokojach. Dlatego pewnie zapadają w pamięć jego słowa wygłoszone pod koniec spektaklu. Najpierw spyta się retorycznie, co czeka nas w przyszłości, aby po chwili przedstawić trzy warianty. Ufność, z jaką wyrazi wiarę w wersję optymistyczną, sprawi, że ostatnim akordem przedstawienia będzie nadzieja.


2.0.4.5. Miniopera metafizyczna, reż. Tomasz Rodowicz według scenariusza napisanego z Katarzyną Knychalską, Teatr Chorea, 24 sierpnia 2018

93 wyświetlenia

info

Zarejestruj się - wkrótce!

© 2019 teatrologia.info

  • Facebook - Biały Krąg